Korona ziemi

GÓRSKA KORONA ZIEMII w wersji rozszerzonej

Góry są niesamowite, magiczne i groźne. Moglibyśmy tak długo ale jeśli tutaj jesteś to zapewne to wiesz. Górska Korona Ziemi to najwyższe szczyty każdego z kontynentów. Dotychczas tylko 26 osób w Polsce zdobyło Koronę. To zdecydowanie mniej niż polskich zdobywców Everestu, których jest ponad 50-cioro. 

Rysunek. Szczyty Korony Ziemi

Na ziemii występuje 7 kontynentów. Przyjmuje się, że Górska Korona Ziemi to 9 szczytów (wersja rozszerzona): 

      • Elbrus (Europa, 5642 m n.p.m.)
      • Mount Blanc (Europa, 4810 m n.p.m.)
      • Kilimandżaro (Afryka, 5895 m n.p.m.)
      • Aconcagua (Ameryka Południowa, 6960 m n.p.m.)
      • Piramida Carstensz (Australia, 4.884 m n.p.m.)
      • Masyw Vinsona (Antarktyda, 4.892 m n.p.m.)
      • Denali (Alaska, 6.190 m n.p.m.)
      • Góra Kościuszki (Australia, 2.228 m n.p.m.)
      • Mount Everest (Azja, 8.848 m.n.p.m.) 

1. Jak zaczęła się pasja.

1 marca 2006 r. założyłem firmę szkoleniowo-doradczą, która prowadzę do dnia dzisiejszego. Z roku na rok dynamicznie się rozwijaliśmy. Przez pierwsze lata, sukcesy i porażki się równoważyły. Możemy powiedzieć szczyty i doliny. 

Z kalendarium mogę przytoczyć kilka znaczących sukcesów m.in. nasz wewnętrzny projekt Małopolskie Doradztwo Biznesowe, gdzie tylko w latach 2012-2014 wykonaliśmy projekty doradcze dla 212 firm. Zliczyliśmy to. To było ponad 8600 godzin usług doradczych. To więcej niż wynosi wysokość K2. Spokojnie mogę powiedzieć, że w branży doradczej to były Himalaje Biznesu. Miałem wtedy 30 lat. Trochę się chwalę, ale chciałbym abyś wiedział/a, że szło mi naprawdę nieźle. Pracowaliśmy w zespole 10 osobowym i „działo się”. Duże zaangażowanie i koncentracja. Dużo pracy. Może za dużo, ale o tym dalej. 

Prawda jest taka, że na początku nie wiedziałem co to jest Korona Ziemi ,a tym bardziej nie planowałem jej zdobyć. Najzwyczajniej w świecie bałem się. Bałem się czy sobie poradzę. Bałem się nieznanego. Wreszcie bałem się, że mogę zginąć. Słyszymy o tym często, zarówno w Polsce jak i na świecie. Ludzie umierają w górach, w szczególności w tych wysokich. 

Ale jak to się stało, że trzydziestolatek dobrze radzący sobie w biznesie i lubiący podróże w końcu zrobił pierwszy krok? Gdy miałem 30 lat pracowałem bardzo dużo, praktycznie cały czas. Miałem serię 8 lat bez tzw. „wakacji”. Ktoś powie pracoholizm? Zgoda. Ja powiem to było „moje 5 minut w życiu”. Mogłem zarabiać i odkładać. Robiłem karierę. Zawsze jednak są koszty. Siedzący tryb życia spowodował, że zacząłem mieć problemy zdrowotne i diagnozę: „Za rok, jak pan się nie obudzi i nie zmieni swojego życia to będzie pan jeździł na wózku”. Moje biodro zaczęło szwankować. Zmieniłem się. Zacząłem doświadczać spacerów po Tatrach i otwarłem się na podróże. Dałem sobie w końcu trochę luzu. Przeorganizowałem firmę. I mniej więcej po niecałych 2 latach takiego już zbalansowanego życia trafiłem na ogłoszenie internetowe typu: „Wyprawa w góry wysokie”, „I Ty możesz zdobyć Kilimajaro” itp. Z czystej ciekawości pomyślałem, że może pojadę. Zobaczę czy dam radę. Kupiłem „bilet” i w taki sposób się to zaczęło.

2. Pierwsze doświadczenia.

Pojechałem na wulkany Ekwadoru i w nienajgorszym stylu wszedłem na piękne i wyjątkowo urokliwe Cotopaxi 5897 m n.p.m. a później na Chimborazo 6263 m n.p.m. To były sześciotysięczniki, ale ja już na dobre zakochałem się w górach wysokich. 

Byłem debiutantem o średnim zdrowiu, ale za to z maksymalną motywacją i chęcią na więcej. Usiadłem, zacząłem planować. Powiedziałem sobie:

      • na ile mogę jeżdżę na wyprawy (tak jak każdy miałem wtedy zobowiązania zawodowe i osobiste),
      • co wyprawa podnoszę nieco poprzeczkę, czyli czterotysięcznik, pięciotysięczniki, dalej szóstki itp.,
      • stawiam na edukację i technikę – zrobiłem kursy skałkowe, Taternicki i trenowałem na panelu,
      • buduję formę fizyczną.

Wtedy nie myślałem jeszcze o Evereście ale trudności „wysokościowe” już ukazywały swe oblicze.

Pozwól, że wyjaśnię ci dlaczego góry są tak niebezpieczne. 

Najważniejsze zagrożenia z którymi musisz się zmierzyć w górach wysokich to:

      • deficyt tlenu, 
      • deficyt ciepła, 
      • deficyt wody,
      • deficyt energii,
      • deficyt snu,
      • promieniowanie UV,
      • zagrożenia terenowe – lodowiec, zapadliska, zrywy skalne,
      • zagrożenie lawinowe,
      • nagłe zmiany pogody – wiatr, śnieżyce, burze, opady. 


Oczywiście im wyżej tym zagrożenie wzrasta.

Istotne znaczenie ma tzw. aklimatyzacja, właśnie po to aby dać czas organizmowi na dostosowanie się do niekorzystnych warunków. Każdy z nas indywidualnie się aklimatyzuje – jedni szybciej drudzy wolniej.

Zdjęcie. Każdy aklimatyzuje się inaczej

Powyżej 7500 m n.p.m. zaczyna się tzw. „strefa śmierci”. Tam, z każdą godziną organizm ludzki ulega degradacji. Na szczęście to nie jest drastycznie szybki proces, ale zaleca się aby nie przebywać w strefie śmierci dłużej niż 1-2 dni. 

Jak widzicie wspinacz narażony jest na zagrożenia zewnętrzne (pogoda, teren, nagłe wydarzenia) i wewnętrzne (kruchość ciała, genetyka). Najprawdopodobniej nie mierzył się z nimi nigdy wcześniej – bo nie przebywał w podobnym środowisku. Oczywiście wraz z doświadczeniem i kolejnymi wyprawami minimalizujemy część z tych zagrożeń, ponieważ organizm „uczy się” trudności, a my radzimy sobie lepiej w kwestiach wydolnościowych i sprzętowo-logistycznych.

3. Szczyty Korony Ziemi.

Jak zaplanowałem – tak robiłem. Wspinałem się. Doświadczałem. Droga na szczyty Korony Ziemi nie była usłana różami. Odnosiłem górskie sukcesy, ale też kilkakrotnie poczułem gorycz porażki i doświadczałem śmierci osób w moim pobliżu. Do każdej góry przygotowywałem się na kilku płaszczach:

      • sportowej – wydolność, technika wspinania, siła,
      • logistycznej – jak dojechać, plan, strategia,
      • finansowej – jak zebrać fundusze.

Nie mam tutaj tyle miejsca aby opisać każdy ze szczytów, ale w przypadku niektórych zatrzymam się na chwilę dłużej. 

Elbrus (Europa, 5642 m n.p.m. – 25 czerwca 2012 r.)

To pierwszy ze szczytów Korony. Względnie niewysoki, ale chłodny. W warunkach mgły bardzo niebezpieczny. Co roku giną tam ludzie z powodu zabłądzenia i wychłodzenia. Jeśli jest mgła lub burza śnieżna – trzeba zawracać lub odpuścić atak. Zdobyłem szczyt z biurem wyprawowym. Podglądam i uczę się współpracy w teamie. Sam masyw Elbrusa jak i bliskie góry Kaukazu tworzą niesamowite otoczenie. Jeśli macie dobrą widoczność podczas wyprawy możecie cieszyć zmysły niesamowitymi widokami. 

Zdjęcie. Grupowa wspinaczka na Elbrus

Mount Blanc (Europa, 4810 m n.p.m. – 12 lipca 2012 r.)

Jako, że geografowie nie są zgodni co do najwyższego szczytu Europy, warto zdobyć je oba. To naprawdę dwie ciekawe przygody. Mount Blanc zdobyłem dwa razy. Raz w 2012 r. jako uczeń na jednej linie z przewodnikiem. Drugi raz w 2017 r. moje wejście było czysto treningowe i zabierałem ze sobą kolegę, dla którego ja byłem nieformalnym przewodnikiem. Ile to się może zmienić w ciągu 5 lat.  

Kilimandżaro (Afryka, 5895 m n.p.m. – 1 lutego 2013 r.)

Na początek 2013 r. roku zaplanowałem „combo”, jeden szczyt po drugim. Pierwszym szczytem była góra Kilimanjaro. Niby prosta, niby ciepła, niby trekkingowa.. Jednak to już blisko 6 tys. m n.p.m. Czułem się już mocny, ale mimo wszystko miałem małe kłopoty. Jadłem za mało i nie zdążyłem się dobrze zaaklimatyzować i szczyt zdobyłem wkładając w niego sporo sił. To była dobra lekcja dla mnie dotycząca odżywiania i tego, że nie należę do osób szybko się aklimatyzujących. O tym, że Kilimanjaro nie jest łatwe w procesie aklimatyzacji, świadczy smutne wydarzenie z 2021 i śmierć na tym szczycie, wyjątkowego podróżnika Aleksandra Doby.  

Aconcagua (Ameryka Południowa, 6960 m n.p.m. – 21 lutego 2013 r.)

Zaraz po powrocie z Kili, ruszyłem na Ankę. Była dla mnie ówczesnym Everestem. Starsi stażem wspinacze wskazywali Acconcague za trudnego przeciwnika. Zaczynało się źle. Straciłem bagaż – musiałem połowę sprzętu i ubrań górskich pożyczyć. Ulewa zerwała drogę dojazdową do podnóża góry i musieliśmy robić aklimatyzacje totalnie w innym miejscu niż było zaplanowane. W obozie ludzie kłócili się nie na żarty o puszkę Tuńczyka – bo była wspólna i jeden chciał jeść a drugi nie. Oczywiście gdyby nie wysokość to nikt by się nie przejmował takimi rzeczami. Jednak góra okazała się łaskawa i w dobrym stylu wszedłem na jej szczyt. Tak, byłem z siebie dumny i naprawdę zmęczony fizycznie. W drodze powrotnej koledze „wyłączył się film”. Dostał ataku choroby wysokościowej i mniej więcej od 6400 do 6100 m znosiliśmy go w dół. Nie było z nim kontaktu. Miał szczęście, że stało się to ok 2h od obozu. 

Zdjęcie. Cień Acconcagui

To właśnie po Acconcagui zacząłem rozważać wyprawę na Everest. Wówczas pomyślałem, że powinienem sobie poradzić. Podświadomie postawiłem ten cel na horyzoncie zdarzeń w moim życiu.

Piramida Carstensz (Australia, 4.884 m n.p.m. – 19 listopada 2014 r.)

Ahhh. To była piękna przygoda. Blisko 100 km przez indonezyjską dżunglę. Na drodze podejściowej nikt nie mieszka. Brak osad wsi lub innych skupisk ludzkich. Musieliśmy iść karawaną. Na 14 wspinaczy przypadało blisko 70 osób wsparcia logistyczno-technicznego. To nie do wiary, że takie wyprawy mają jeszcze miejsce w XXI wieku. Świadczy to o tym, w jak niedostępnym terenie znajdują się góry. 

Oczywiście atak szczytowy i wspinaczka piękną gołą ścianą realizowaliśmy sami. Do dziś zapamiętam przeprawę liną nad przepaścią. 

Zdjęcie. Trawers masywu Carstensza

Masyw Vinsona (Antarktyda, 4.892 m n.p.m. – 30 grudnia 2015 r.)

Wyprawa na koniec świata. Wyzwania logistyczne to początek. Jak dostać się na kontynent? Jak dostać się pod szczyt? Poszukiwanie rozwiązań. Budowanie zespołu. Treningi. Organizacja funduszy i pierwsze poważne umowy ze sponsorami. 

Czy wiesz, że wyprawy na szczyt Vinsona to koszt ponad 160.000 zł? Ktoś powie, że to fanaberia, ktoś inny, że bez sensu. Ja jednak powiem Tobie, że nie ma lepszego sposobu na wydanie pieniędzy, niż na realizację własnych marzeń. I ani przez chwilę nie żałowałem wydanych pieniędzy. Wracając do wspinaczki. Wiedzieliśmy, że w przypadku nawet drobnych wypadków np. skręcenie lub złamanie nogi, jesteśmy zdani sami na siebie.

Zdjęcie. Międzynarodowa ekipa w bazie Union Glacier na Antarktydzie

Zdjęcie. Pomiędzy 3 a 4 obozem na Vinsonie

Zdjęcie. Na najwyższym szczycie Antarktydy

Zdjęcie. Świętowanie Nowego Roku

Nie ma fizycznej możliwości aby jakieś służby nam pomogły. Po prostu nie ma tam nikogo, a kilkunastoosobowy personel w oddalonej o 1h lotu awionetki, nie posiada kwalifikacji. To po prostu obsługa bazy. 

Zimno, wiatr i coraz wyższy marsz potęgowały w nas koncentracje. 

Zdobyłem szczyt przy pięknej pogodzie i mogłem podziwiać niesamowite widoki śnieżno-lodowej pustyni. Niewątpliwie miłym akceptem było świętowanie Nowego Roku na Antarktydzie. 

Denali (Alaska, 6.190 m n.p.m. – 13 czerwca 2016 r.)

Zdobywcy Korony Ziemi, twierdzą, że Denali jest drugim najtrudniejszym szczytem po Evereście. Po pierwsze dlatego, że jej lokalizacja jest przy kole podbiegunowym. Numeryczne 6190 m n.p.m. powinno się raczej traktować jak 7 tys. m n.p.m. Wpływ na to ma ciśnienie atmosferyczne. Po drugie jest tam wyjątkowo…zimno. Uważaj, będzie zimniej niż na Antarktydzie i Evereście – ostrzegali znajomi, którzy wcześniej zdobyli Koronę. 

Na Denali wyruszałem dwa razy. Za pierwszym razem to właśnie pogoda i brak elastyczności w terminach spowodował, że nie ruszyłem na szczyt. Aby zacząć wspinaczkę na szczyt należy z miejscowości Talkeetna polecieć awionetką pod lodowiec. Pogoda to uniemożliwiała. Przez 7 dni czekaliśmy. Wreszcie gdy pogoda pozwoliła zostało mi 6 dni do biletu powrotnego do Polski. Nie mogłem go przebukować, a na szczyt nie było po co lecieć, bo 6 dni to za mało aby wejść. 

Zdjęcie: Strategia wejścia na Denali.

Za drugim razem przyleciałem z Sylwią i Samem. Z Sylwią tworzyliśmy parę w życiu i w górach. Była mniej doświadczona ode mnie w górskich wyprawach, ale bardzo zmotywowana. Denali miał być przetarciem i odpowiedzią na pytanie, czy możemy we dwoje ruszyć na Everest. Sam pochodzi z Wielkiej Brytanii. Wejściem na szczyt miał zakończyć swoją Koronę Ziemi. 

Tym razem pogoda pozwoliła nam polecieć na lodowiec od razu. Przed nami 7 dni wspinaczki. Bez przewodników, bez tragarzy – tylko my. Jak to na lodowcu wszystko nieśliśmy na plecach i na saniach. Mozolnie parliśmy do przodu.

Zdjęcie: Podeście pod obóz 5 na Denali.

Na Denali mamy często mocną ekspozycję na wysokość. Film dobrze to oddaje.

Film. Grań pomiędzy 4 i 5 obozem na Denali (ok. 5000 m n.p.m.)

Robiło się coraz zimniej i trudniej. Denali postawiło trudne warunki, ale byliśmy nieugięci. Na szczycie było tak zimno, że zrobiliśmy tylko 4 zdjęciach i po kilku minutach zaczęliśmy odwrót. Odczuwalna temperatura poniżej -40 stopni. 

Góra Kościuszki (Australia, 2.228 m n.p.m – 6 grudnia 2016 r.)

Ten szczyt zdobyłem turystycznie. Nie chciałem zostawiać go na koniec, więc ruszyłem sam w wyprawę do Australii. Dojechałem do podnóża góry. Ubrałem krótkie spodnie i tshirt. Pobiegłem. Przede mną  1000 m w pionie i 20 km długości. Całość trasy zajęła mi 3 godziny. Pod szczytem ugościła mnie burza śnieżna, ale oczywiście śnieg szybko topniał. Szczyt niższy od Rysów, naprawdę wart jest zdobycia. Polecam każdemu. Podobnie jak z Elbrusem i Mt.Blanc, Góra Kościuszki i Piramida Carstensza to dwa „najwyższe” szczyt Australii i Oceanii. Wróciłem do kraju. W głowie już tylko Everest.

Nadszedł czas na próbę Everestu. Cel jest jasny i nie wiemy czy wszystko pójdzie dobrze. To zagrożenia, które na nas czekały:

      • temperatura spadająca do – 40 stopni,
      • stężenie tlenu w powietrzu 33% – czyli każda jedna czynność jest 3 razy trudniejsza,
      • bardzo mocny wiatr,
      • od 7500 m. do 8 848 m. w „strefie śmierci”. 

Ruszamy. Rozpoczynamy trekking z początkiem kwietnia. Po 9 dniach wyprawy docieramy do Everest Base Camp. Wyjątkowe, kultowe miejsce. 

Zdjęcie: Treningi w EBC

Mount Everest (Azja, 8.848 m.n.p.m. kwiecień – maj 2017 r.)

Aby zdobyć Everest trzeba zmierzyć się z kilkoma jakże ważnymi czynnikami. Pierwszy z nich – najważniejszy to umiejętność poruszania się w górach wysokich przy niekorzystnych warunkach dla organizmu ludzkiego. Ten aspekt mieliśmy już opanowany z próbą na Denali.

Drugim ważnym elementem jest przygotowanie wydolnościowe i dobre zdrowie. Nad tym pracowaliśmy od ponad 2 lat. Sporo treningów i wypadów w góry. Praca na panelu wspinaczkowym i wspinanie w skałach. 

Trzecim, istotnym czynnikiem jest strategia działania i plan aklimatyzacyjny. Postawiliśmy na wyjście na szczyt z butlą i wyprawę 7 tygodniową. Taki czas jest niezbędny aby dobrze się zaaklimatyzować. Jeśli chcielibyśmy atakować szczyt bez tlenu wówczas wyprawa musiałaby trwać kolejne 2-3 tygodnie dłużej. Oczywiście to również kwestia innych przygotowań. Warto w tym miejscu wspomnieć, że spośród wszystkich ponad 50-ciu polskich zdobywców, tylko 1 osoba weszła na szczyt bez tlenu. 

Wreszcie czwarty, ale szalenie ważny element naszej układanki. Pieniądze. Wyprawa na szczyt to koszt ok. 40.000 USD. Dla nas wówczas było to 136.000 zł na osobę. Wyruszaliśmy we dwoje więc łatwo policzyć, że potrzebowaliśmy blisko 300 000 zł. I tutaj zaczynały się schody. Część funduszy mieliśmy, ale większość musieliśmy zdobyć. Dzięki wielu działaniom marketingowym oraz wsparciu sponsorów zebraliśmy pełną kwotę. 

Jednak ten zakres prac angażował nas mocno czasowo i energetycznie.

Zdjęcie: Promocja wyprawy w mediach – TVNBiS

Zdjęcie: Trening w komorze hipoksyjnej – Hypoint

Zdjęcie: Sponsorzy wyprawy IGLOO Everest Expedition 2017 

Nadszedł czas na próbę Everestu. Cel jest jasny i nie wiemy czy wszystko pójdzie dobrze. To zagrożenia, które na nas czekały:

        • temperatura spadająca do – 40 stopni,
        • stężenie tlenu w powietrzu 33% – czyli każda jedna czynność jest 3 razy trudniejsza,
        • bardzo mocny wiatr,
        • od 7500 m. do 8 848 m. w „strefie śmierci”. 

Ruszamy. Rozpoczynamy trekking z początkiem kwietnia. Po 9 dniach wyprawy docieramy do Everest Base Camp. Wyjątkowe, kultowe miejsce. 

Zdjęcie: Treningi w EBC

Grafika. Plan wyprawy i obozy

Teraz kolej na najtrudniejszy technicznie odcinek. Wymarsz z EBC zaczynamy o północy. Spaliśmy kilka godzin. Temperatura ok -5 stopni. Niby nie wiele, ale przed nami wyjątkowej urody przeszkody. Pionowe, dochodzące do 10-20 metrów bloki lodu. To stały element Ice Fall’u. Głębokie zapadliska, takie, że dna nie widać. Szerokie na kilka metrów zrywy. Pokonywaliśmy je z wykorzystaniem aluminiowych drabin – często łączonych zwykłymi linkami do tzw. lotnej asekuracji postawionej z wykorzystaniem szabli lodowych. 

Wyobraź sobie, że musisz przejść nad PRZEPAŚCIĄ między DWOMA 10-cio piętrowymi budynkami a pomiędzy nimi jest tylko aluminiowa drabina…W dodatku jest chłodno, wieje wiatr a Twoje raki przesuwają się między szczeblami drabiny. Tak wymaga to pewnego kroku i dość sporej odwagi. 

Takich mniejszych lub większych przeszkód na Icefallu było ponad 35. I to wszystko na wysokości 6000 m. n.p.m., gdzie tlen rozrzedzony jest już w 50%. Biegłeś Runmageddon lub Barbarian Race? To przyjmij, że przeszkody są co kilkanaście metrów i są kilka  razy bardziej wymagające.

Zdjęcie: Icefall

Zdjęcie. Przeprawa przez Ice Fall c.a. 5800 m n.p.m.

Zrobiliśmy to! Dotarliśmy do obozu 1. Po nocnym odpoczynku kolejno obóz 2 i znowu nocleg. Dalej Obóz 3 i „dotknięcie” 7 000 m n.p.m. i zaraz zejście do Obozu 1, a kolejnego dnia do EBC. Tak jak przyjęliśmy w naszym planie działania. Aklimatyzacja zrobiona. Dobra robota. Teraz 7 dni odpoczynku „na nizinach” tj. w Namche Baazar na wysokości ok 3500 m n.p.m. 

Szybko zleciało. Nabraliśmy sił i znowu tą samą trasą ruszamy do EBC i kolejnych obozów.  

Po 5 dniach jesteśmy w obozie 4 na wysokości 8 000 metrów. Tak dotarliśmy do „strefy śmierci”. Po kilkunastogodzinnym odpoczynku w namiocie czas opuścić ciepły śpiwór i ruszać. Pamiętam, że samo ubranie się w sprzęt (m.in. kombinezon, raki) i wyjście, zmęczyło mnie bardziej niż szybki bieg na 5 km. W końcu to 8 tysięcy metrów a tlenu coraz mniej.

Wyruszyliśmy ok 20.00 w nocy. Ja, Sylwia i dwoje szerpów wspinaliśmy się stokiem o nachyleniu ok 45 stopni. Szerpów zabieramy ze względów bezpieczeństwa. Gdyby kogoś z nas złapała choroba wysokościowa – szerpowie powinni pomóc. Idziemy przez noc z czołówką na kasku. Widzimy na 2 metry do przodu, ale kilkukrotnie pojawiają nam się przed oczami ciała wspinaczy, którzy zostali tam na stałe. Ponoć na zboczach Everestu spoczywa 150-200 zwłok. Ile dokładnie? – nikt nie wie, bo nikt nie prowadzi takiej ewidencji. Część ciał zabiera się z gór. Część zostaje zwykle za akceptacją rodziny. W wielu przypadkach rodzina po prostu nie ma pieniędzy na ściągnięcie zwłok.

Na wysokości blisko 8300 -8350 metrów spotykamy osobę która jest w stanie agonalnym. Niestety nie jesteśmy już w stanie jej pomóc. Kolejna ofiara Everestu. 

Zdjęcie: Plan wejścia na szczyt – atak szczytowy na Everest

Na tzw. Balkonie (8400 m n.p.m.) zaczęło powoli świtać. Część wspinaczy atakujących tego dnia zaczęła zawracać. Z kilkoma zamieniliśmy po kilka słów: „W taką pogodę się nie atakuje”, „to zbyt niebezpiecznie” itp. Pamiętam, że mocno wiało, ale nie tak mocno jak na Denali. Wiec dla nas była to pogoda akceptowalna. 

Docieramy do Wierzchołka Południowego na 8751 m, a zaraz potem na wysokość 8800 m okolice „Stopnia Hilarego”. Szczyt był już w zasięgu ręki. Pionowo mniej niż 50 metrów, czasowo – około 40 minut. I wtedy stało się coś bardzo niespodziewanego, dziwnego i zaskakującego. 

Nasz Szerpa, który szedł za nami, zatrzymał nas i oznajmił „MUSIMY WRACAĆ!…”

Pomyślałem że:

– albo ja mam chorobę wysokościową i mam halucynację,

– albo on ma chorobę i mówi od rzeczy…lub żartuje. 

Szczepan: „Jak to wracać?” zapytałem…..lekko zmieszany

Szerpa: „Kończy się Wam tlen…”.

Hmm mógłbym pomyśleć, że dalej żartuje, ale natychmiast wyostrzyłem zmysły i powiedziałem: 

– Ok, to mieliśmy w planach, że tlen się może skończyć i że w części kopuły podszczytowej zamieniamy butlę, którą Ty – wskazuje na Szerpę – masz dla nas.

Gdy usłyszałem od Szerpy: 

„ Nie mam butli…….” 

Pomyślałem, że jesteśmy w czarnej D….ie!

Zaczęliśmy się konsultować z Sylwią, szukaliśmy rozwiązań. Liczyliśmy czas na wejście i zejście (przy założeniu braku tlenu) i stanęliśmy przed dylematem:

Opcja 1.

100% szans wejścia na nasz upragniony szczyt. – Najwyższą Górę Gór! Mount Everest.
Ale i 99% na to, że zostaniemy tam na zawsze. Tlen się nam skończy na pewno a nie jesteśmy zaaklimatyzowani do wejścia bez tlenowego – bo wtedy wyprawa musiałaby trwać 2 tygodnie dłużej.
Ale oczywiście mogliśmy się wtedy łudzić, że może jakoś to będzie i jednak ruszyć.

Opcja 2.

Odwrót ! Bez zdobycia szczytu. Cała wyprawa nie zakończy się sukcesem.  

Jak myślicie co zrobiliśmy?

(……) 

Co Ty czytelniku zrobiłbyś na naszym miejscu???

Szczyt Everestu i niesamowite narażenie życia 

czy odwrót i nici z całej wyprawy?. 

Zawróciliśmy! 

Nie przyszło nam to łatwo. Ale zawróciliśmy. 

Bo najwyższą wartością jest życie, bo góra poczeka, bo dbamy też o samych siebie nawzajem…

TO BYŁA Trudna decyzja……bo koszt dotarcia do tego miejsca był ogromny…

Byliśmy tak blisko celu, ale musieliśmy obejść się smakiem. 

Ludzka emocja w takich okolicznościach to mieszanka smutku, rozczarowania i zdenerwowania. W takiej chwili nie ma miejsca na poddanie się emocjom i rozluźnienie.… musimy jeszcze wrócić do Obozu 4, a później najlepiej jeszcze niżej.
Po dotarciu do Obozu 2, rozważaliśmy ponowny atak, ale zarówno nasze ciała jak i pogoda nie pozwoliły nam na to. Dotarliśmy szczęśliwie do EBC, dalej Katmandu oraz w dalszej kolejności do Polski.

Czy żałuje że tak się stało?
I tak i nie. Być może odwrót był najlepszym wyjściem bo upór mógł nas zabić. A może to była dla nas lekcja na ile cenimy swoje życie.

Wracam bez szczytu, ale w zdrowiu i z planami na przyszłość.

Grafika. Trudne decyzje

Jeśli chcesz posłuchać wiecej o wyprawie na Everest i trudnych decyzjach włącz moje nagranie z TEDx, gdzie przedstawiam więcej szczegółów. 

Film. Miedzy Everestami – wystąpienie TEDx.

Mount Everest (Azja, 8.848 m n.p.m. w dniu 17.05.2018 r.)

Nie należę do osób, które szybko się zniechęcają. Wiedziałem, że wrócę po Everest – prędzej lub później. Rozważając różne czynniki postawiłem na najszybszy możliwy powrót – czyli kolejny okres wiosenny. 

Rozpisaliśmy nową strategię. Tym razem zawalczymy o dwa ośmiotysięczniki. Ja o Everest ponownie, Sylwia o Lhotse – czwarty co do wysokości szczyt górski na świecie. Wszystko zaczęło się od nowa. Szukanie sponsorów, treningi i logistyka. Z jednej strony było łatwiej bo robiliśmy to po raz drugi, ale też trudniej bo zamiast 2 lat mieliśmy tylko pół roku.   

Wyruszamy początkiem kwietnia. Docieramy do EBC, które jest prawie takie samo jak rok wcześniej. Niespodzianką jest Icefall. Zamiast ponad 30 zrywów i przepaści – mamy ich w tym roku tylko kilka. Pojawiły się za to pionowe ściany. Jeśli widziałeś serial „Gra o Tron” to właśnie tak ,mniej więcej, wygladała lodowa ściana podobnie jak w serialu.

Jesteśmy wytrwali i przez kolejne 2-3 tygodnie budujemy aklimatyzację. W końcu nadszedł dzień ataku szczytowego. Tym razem dopilnowałem wszyskich szczegółów, a z moimi butlami spałem nawet w namiocie. Musiałem być pewny, że trud wyprawy nie będzie zniwelowany przez czynniki zewnątrzne. Sylwia schodzi ze zdobytego Lhotse, a ja ruszam na atak szczytowy na Everest. Czuje się dobrze i jestem bardzo zmotywowany. 

Zdjęcie. Lodowa ściana pomiędzy EBC a Obozem 1.

Zdjęcie: Sponsorzy wyprawy AOF Everest & Lhotse Expedition 2018

Na filmie możesz zobaczyć jak wyglada górna grań Everestu.

Film. Spacer nad chmurami na wysokości ponad 8.000 m n.p.m.

Tym razem atak szczytowy był bez niespodzianek. Z satysfkacją zrobiłem kolejny krok nad miejscem, z którego zawróciłem rok wcześniej. Oczywiście było ciężko. Było zimno. W końcowym etapie szedłem mocno zmęczony. Jednak Everest ugościł mnie pięknym słońcem i dobrą pogodą. 

Zdobyłem Mount Everest!

Zdobyłem Koronę Ziemi!

To niesamowite uczucie być tam i cieszyć wszystkie zmysły.
Bajecznie! Fantastycznie! Energetyzująco! Po prostu niesamowicie!
Spędziłem na szczycie aż 50 minut ciesząc się widokami i przeżywając wewnątrznie tą wyprawę, atak szczytowy i jego zwieńczenie.
Uniosłem ręce do góry w geście zwycięstwa. Otarłem lód z brody i uśmiechnąłem się do zdjęcia.

Zdjęcie. Szczęśliwy na Dachu Świata

Był ze mną szerpa Dorjee, z którym znaleźliśmy wspólny język. W tym miejscu nikt nie pomógłby mi z nakręceniem tego filmu tak jak on. Za wiele innych okazji do pomocy mi we wspinaczce nie miał bo czułem się jak u siebie na podejściu pod szczyt. W końcu byłem tutaj drugi rok z rzędu.

Film. Krótka rozmowa na szczycie Everestu

I całkiem spontanicznie, bez wcześniejszych przygotowań, powiedziałem co powiedziałem:

„Świat należy do nas! Świat jest mój!” Warto brać sprawy w swoje ręce i dążyć do realizacji marzeń. 

Moja 6 letnia droga po Koronę Ziemi dobiegła końca. 

Teraz, po powrocie, mam tę możliwość aby opowiadać tą historię na spotkaniach z przedsiebiorcami, ze studentami, z uczniami lub na festiwalach górskich. Jeśli chcesz wiedzieć więcej na ten tamat zobacz PRZEMÓWIENIA INSPIRUJĄCE I MOTYWUJĄCE  

Korona Ziemi w liczbach
Ilość szczytów: 9
Zdobycie pierwszego szczytu: 25 czerwca 2012 r.
Zdobycie ostatniego szczytu: 18 maja 2018 r.
Ilość kontynentów na których się wspinałem: 7
Budżet: 571 000 zł.
Wartość dla mnie: bezcenne
Ilość dni treningowych: ok 600 dni.
Ilość zdobytych szczytów, przełęczy w okresie przygotowawczym: 23 szczyty powyżej 5000 m n.p.m.
Regiony górskie w których się wspinałem: Himalaje, Alpy, Andy, Kaukaz, Alaska, Masyw Kilimanjaro, Masyw Vinsona, Tatry.

Środki transportu: samolot wojskowy, samolot pasażerski, samolot typu awionetka, pociąg, autobus, jeep, rower, motor, i sanie.

O PASJI WSPINACZKI WYSOKOGÓRSKIEJ OPOWIADAŁEM M.IN. W: